
 





 
  


|
Przepraszam,
czy tu kradną?
Razem
z moją przewodniczką po Japonii postanowiliśmy odwiedzić dawną stolicę
Japonii - Kioto.
Do najbliższej stacji metra było dość daleko więc
zdecydowaliśmy się podjechać rowerem. Tych ci w Japonii dostatek. Nie
jakieś tam szpanerskie górale z dwudziestoma przerzutkami ani
ponaddźwiękowe kolarzówki. Takie zwykłe, najczęściej z
bagażnikiem z tyłu, na którym to można kogoś przewieźć oraz z dodatkową
powierzchnią ładunkową w postaci koszyka
mocowanego na kierownicy. Nasz rower oczywiście posiada owy
wielofunkcyjny koszyk oraz
dodatkowe zamykanie tej przestrzeni bagażowej w postaci klapy, bo jak
się okazuje, zdarzają się sytuacje, kiedy to w czasie jazdy mają próby
kradzieży no i niejedna osoba straciła tak zęby kiedy to przy próbie wyciągnięcia torebki
gdzieś się tam zakleszczyła no i kraksa gotowa.
Po
niezwykle przyjemnej przejażdżce z wiatrem we włosach, zatrzymujemy
się niedaleko stacji, parkujemy rower na poboczu drogi i idziemy na
pociąg. Wracamy po kilku godzinach, wychodzimy ze stacji, udajemy się
na miejsce gdzie pozostawiliśmy rower i… apokalipsa! Ktoś nam zwędził
nasz pojazd. Najpierw
niedowierzanie, później złość, a na końcu rozczarowanie. To jak to, tam
kradną? Nie tak bardzo martwiło mnie to, że właśnie straciliśmy sprzęt
wartości czterech zestawów w McDonaldzie, ale to że teraz trzeba będzie
iść tak daleko na nogach. Jednak ja, jako prawdziwy mężczyzna nie
pozwoliłem sobie na utratę zimnej krwi. Polaków ani Ruskich w okolicy
nie spotkałem tak więc te opcje odrzuciłem. Dokonaliśmy wywiadu
środowiskowego w lokalnych sklepach i
okazało się, że w okolicy miał miejsce “nalot” sił
mundurowych, coś na wzór
naszej ukochanej straży miejskiej. Okazuje się, że Japończycy święci
nie są, stawiają
rowery gdzie popadnie, a zostawiać je można tylko w wyznaczonych do
tego
miejscach.
Tak
więc już wiedzieliśmy co się stało, teraz trzeba było dowiedzieć się
gdzie go odwieźli. Po wykonaniu kilku telefonów wszystko było jasne i
udaliśmy się do oddalonego kilka kilometrów parkingu rowerowego, który
to
znajdował się pod długim na kilometr mostem. Najpierw się ucieszyłem,
że tak szybko odnaleźliśmy naszą zgubę, ale moja
radość szybko zniknęła jak tylko zobaczyłem ile tego tam było. Więcej
rowerów mają chyba tylko w Ludowych Chinach! Pan w niewielkiej budce
powiedział nam, że dzisiejsza „dostawa” została wyładowana gdzieś
pomiędzy drugim a trzecim filarem. Super, czyli nasz ognisty czerwony
rumak jest gdzieś pomiędzy tymi 500 rowerkami. Szkoda tylko, że prawie
wszystkie wyglądają tak samo:-(
Zdarzyło
się jednak coś niezwykłego, już po kwadransie dostrzegłem nasze cudo!
Jeszcze
tylko wpłata niewielkiej grzywny i szczęśliwi jedziemy z powrotem na
naszym
czerwonym rumaku.
|